poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział 5: Poznaję nowych przyjaciół

  Minęło kilka dni i już całkowicie przyzwyczaiłam się do życia w obozie. Poznałam wiele kolegów i koleżanek. Miałam bardzo dobre stosunki z dziećmi Hermesa, szczególnie z  Joanne. Zakumplowałam się także z Georgem, chłopakiem, który był jednym z czwórki, która mnie znalazła. Okazało się, że nie jest on półbogiem tylko satyrem - pół człowiekiem pół kozłem. Oczywiście najbardziej zaprzyjaźniłam się z Samem, który pomógł mi się przystosować do obozowego trybu życia. Był dla mnie jak starszy brat, którego zawsze chciałam mieć.
  Każdego dnia w obozie robiłam coś ciekawego. Uczyłam się walczyć na miecze, strzelać z łuku, wspinałam się po ścianie do wspinaczki, pływałam kajakami, latałam na pegazach. Całkiem nieźle radziłam sobie z mieczem, gorzej z łukiem, chyba że pomagał mi Sam. Niezbyt dobrze też szła mi wspinaczka. Najbardziej lubiłam pływać kajakami, co było chyba oczywiste, bo w końcu jestem córką Posejdona. Pegazy także bardzo mi się podobały, a kiedy na nich latałam, czułam się niesamowicie. 
  Kiedy tylko zjadłam śniadanie, podbiegłam do Sama. Razem poszliśmy na arenę, gdzie kilka osób walczyło na miecze. Spędziliśmy tam jakieś pół godziny. Mieliśmy iść razem nad jezioro, ale podeszła do nas blond piękność, córka Afrodyty.
- Hej, Sam - uśmiechnęłam się, ukazując swoje równiuteńkie, białe zęby.
- O, cześć, Vanesso - powiedział mój przyjaciel, próbując ukryć zdenerwowanie. 
- Masz ochotę na spacer?
- Ja... eee...właściwe, to miałam iść z Shelly pop...
- Daj spokój - przerwałam mu. - Ja pójdę sama. Bawcie się dobrze.
  Odeszłam od nich i udałam się w kierunku stajni. Kiedy doszłam na miejsce, zobaczyłam jakąś dziewczynę, stojącą przed wejściem. Jakoś wcześniej jej nie widziałam. Podeszłam do niej. Była to dość niska, drobna dziewczyna, której blond włosy układały się w maleńkie loczki. Spojrzała na mnie swoimi błękitnymi oczami.
- Hej - powiedziałam. - Jestem Shelly.
- Betty - przedstawiła się. - Chyba wcześniej cię tu nie widziałam.
- Jestem tu dopiero od kilku dni - wyjaśniłam. - Jestem córką Posejdona, a ty?
- Hefajstosa.
  Przyjrzałam się jej z niedowierzaniem. Nigdy bym nie pomyślała, że może być córką boga kowali. Była taka drobna i ładna.
- Zdziwiona? - zapytała.
- Nie, ja tylko myślałam, że dzieci Hefajstosa są...
- Brzydkie?
  Moje policzki zaczęły się czerwienić.
- Nie... eee... Że są potężne. 
  Betty nie wyglądała na przekonaną. Uśmiechnęła się jednak i oznajmiła:
- Dużo osób nie może uwierzyć, że jestem jego córką. 
  Przez chwilę panowała cisza. 
- Chyba chciałaś wejść do stajni - odezwała się w końcu Betty.
- Co? A, tak.
  Weszłam do środka, a ona za mną. Szłyśmy powoli, podziwiając piękne pegazy.
- Więc, od jak dawna jesteś w obozie? - zapytałam.
  Pokazała mi naszyjnik, na którym znajdowały się dwa paciorki. Przypomniałam sobie, że widziałam podobny na szyi Sama, tylko że na jego było sześć koralików.
- Za każde lato otrzymuje się jeden paciorek - wyjaśniła.
  Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, aż Betty stwierdziła, że musi już iść. Zostałam sama w stajni, więc zaczęłam rozmawiać z końmi. Oczywiście nie mówiłam do nich. Mogłam się z nimi porozumiewać myślami. Podeszłam do jednego z nich. Od razu go zauważyłam, bo jako jedyny ze wszystkich pegazów był czarny. 
Cześć - przywitałam się.  
Siemanko! - zawołał koń. - Możesz z nami gadać? Dziecko Posejdona, co? Dawno tu takiego nie było. Ale właściwie to czemu gadasz ze mną? Tamte pegazy są ładniejsze, a przynajmniej tak wszyscy mówią.
Tamte pegazy niczym się nie wyróżniają. Ty jesteś orginalny. 
  Pegazowi chyba spodobały się moje słowa, bo zarżał radośnie. 
No wreszcie ktoś porządny w tym obozie. Nazywam się Błyskawica, a ty? 
Shelly. Dlaczego masz na imię akurat tak?
  Koń odwrócił się, tak że zobaczyłam, że z jednej strony kawałek jego sierści jest biała i układa się w kształt błyskawicy. Już chciałam coś powiedzieć, ale do stajni wszedł Sam.
- Shelly, musisz coś zobaczyć! - zawołał i wybiegł.
Muszę iść - pożegnałam się z Błyskawicą. - Wrócę jutro.
To był twój chłopak? - zapytał koń na do widzenia. Ja tylko pokręciłam przecząco głową i wyszłam ze stajni.

sobota, 9 lutego 2013

Rozdział 4: Brat daje mi prezent

  W sumie mogłam się tego spodziewać. Znaczna część mojego życia miała związek z wodą. Mieszkałam blisko oceanu w San Diego. Moje oczy miały kolor morskiej wody. Nawet fakt, że nazywam się Shelly Nelson. Nelson to rzeka w Kanadzie, a Shell z angielskiego to muszla.
  Po tym jak mnie uznano, Chejron zaprowadził mnie do domku numer 3, w którym mieszkały dzieci Posejdona, a raczej mieszkałyby, gdyby jakieś tu były. Domek był pusty. 
  Byłam tak zmęczona, że nie chciałam nawet iść na kolację. Poszłam tylko się umyć i wróciłam do domku. Zasnęłam, gdy tylko położyłam się w łóżku.


  Obudził mnie płacz dziecka.
  Otworzyłam oczy i zobaczyłam mężczyznę około dwudziestu pięciu lat z małą, mniej więcej roczną dziewczynką na kolanach.
- Cicho, Sileno, przecież nie chcemy obudzić She... - W tym momencie zauważył, że jeż nie śpię. - Cześć.
  Chwilę jeszcze milczałam, zastanawiając kim może być mój gość. W końcu postanowiłam się odezwać.
- Cześć. Kim jesteś?
- Nazywam się Percy Jackson. Jestem twoim bratem
  Tego się nie spodziewałam. Chejron wczoraj coś wspominał o chłopaku, który tu mieszkał, ale nie sądziłam, że go spotkam. Usiadłam na łóżku i  przyjrzałam mu się z zaciekawieniem.
  Był wysoki i szczupły. Miał oczy w identycznym kolorze jak moje. Jego włosy były ciemne i niezbyt starannie uczesane. 
  A więc miałam jeszcze jednego brata. To było takie dziwne. Wczoraj miałam tylko Philipa, a dzisiaj jeszcze jego.
- Pewnie dziwnie się z tym czujesz - zgadł Percy. - Nagle okazuje się, że twój ojciec jest bogiem, a ty masz dwudziestoparoletniego brata. Też przez to przechodziłem. W końcu się przyzwyczaisz do świata bogów.
  Dziewczynka na jego kolanach zaczęła krzyczeć. Percy próbował ją uspokoić.
- Sileno, proszę cię, bądź grzeczna. 
  Po wielu upomnieniach mała w końcu się uspokoiła.
- Twoja córka nazywa się Silena?
- Tak. Moja żona Annabeth nazwała ją tak po naszej przyjaciółce, córce Afrodyty, która zginęła na wojnie z tytanami. Mniejsza z tym. Mam coś dla ciebie.
  Wyciągnął z kieszeni mały przedmiot i podał mi go. Była to broszka w kształcie róży.
- Och, to miłe, ale ja nie należę do dziewczyn, które lubią się stroić...
  Percy uśmiechnął się.
- To nie jest ozdoba. Nałóż ją na siebie.
  Zrobiłam to.
- A teraz ją zdejmij.
  Znów spełniłam jego polecenie. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, gdy odpinałam broszkę, zmieniła się ona w sztylet. Spojrzałam na swojego brata.
- Ale jak...
- To taka magiczna broń. Będzie zamieniać się w sztylet, kiedy będziesz ją ściągać. Tak przynajmniej nikt nie będzie wiedział, że masz ze sobą broń. Ja mam coś podobnego.
  Wyciągnął z kieszeni długopis. Odetkał go, a on natychmiast zmienił się w miecz. Zatkał go z powrotem.
- Mój miecz jak i twój sztylet jest wykonany z niebiańskiego spiżu. Nie zabijesz nim śmiertelnika. Tylko potwory można nim zniszczyć.
  Przez chwilę przyglądałam się swojemu sztyletowi. Później spojrzałam na długopis Percy'ego, który przed chwilą był mieczem. 
- Dlaczego dałeś mi sztylet? - spytałam. - Sam walczysz mieczem, który chyba jest wygodniejszy. Można nim zaatakować z dalsza.
  Percy przez chwilę siedział cicho, jakby się nad tym zastanawiał. W końcu odpowiedział:
- Sztylet to broń dla odważnych, a pomyślałem, że moja siostra na pewno taka jest. - Czułam, jak moje policzki robią się czerwone. - Zresztą, najdzielniejsza osoba jaką znam walczyła sztyletem. Ta osoba jest dziewczyną, więc po prostu wydaje mi się, że ta broń pasuje do dzielnych dziewczyn.
  Wiedziałam, że na moich policzkach znajdowały się ogromne rumieńce i że nie będą chciały szybko zniknąć. Zdołałam się tylko uśmiechnąć do Percy'ego.
  Kiedy w końcu udało mi się wydusić słowo, zaczęliśmy z Percym normalnie rozmawiać. Opowiedział mi co nieco o sobie. Okazało się, że był herosem z jakiejś przypowiedni i że walczył w wojnie z tytanami i gigantami. Opowiedział mi też o swoich przyjaciołach z Obozu Herosów. Najwięcej jednak mówił o swojej żonie Annabeth, z którą przeżył mnóstwo przygód.
- Mam nadzieję, że kiedyś się spotkacie - powiedział. - Ale teraz muszę już iść. Już i tak przesiedziałem u ciebie dłużej niż miałem zamiar.
  Pożegnaliśmy się i Percy odszedł, a ja ubrałam się i poszłam na śniadanie. 

  To takie niesprawiedliwe, że musiałam siedzieć sama. Tak bardzo chciałam dosiąść się do Joanne przy stoliku Hermesa lub (a może nawet jeszcze bardziej) do Sama. Oczywiście tego nie mogłam zrobić, bo półbogowie siedzą tylko ze swoim rodzeństwem. Musiałam więc jeść sama.
  Po skończonym posiłku poszłam jeszcze raz zwiedzić stajnię. Spodobała mi się ona najbardziej na całym obozie. Było w niej wiele pięknych pegazów, z którymi potrafiłam się porozumiewać. Sam powiedział mi, że mają tak wszystkie dzieci Posejdona, bo to on stworzył konie. Już wcześniej to zauważyłam, jednak starałam się nie zwracać na to uwagi. Kiedy tak szłam rozmyślając o spotkaniu z bratem, podszedł do mnie Sam. 
- Hej - przywitał się. - Gdzie się wybierasz?
- Chciałam jeszcze raz zobaczyć stajnię.
- A może by tak zrobić coś pożyteczniejszego? 
- Co masz na myśli? 
- Może chciałabyś nauczyć się strzelać z łuku? Nie chcę się chwalić, ale jestem w tym najlepszy w obozie, więc mógłbym ci dać kilka lekcji.
- Och, to świetny pomysł. Chyba, że jesteś strasznym nauczycielem. Wtedy spasuję. 
  Uśmiechnął się do mnie i zaprowadził do zbrojowni. Zabrał jakiś łuk i poszliśmy dalej. Stanęliśmy w miejscu, gdzie ćwiczyło jeszcze kilka osób. Trochę poczekaliśmy, ale w końcu wszyscy się rozeszli. Stanęłam przed tarczą, a Sam podał mi łuk. Założyłam strzałę na cięciwę i wycelowałam w tarczę. Oczywiście nie udało mi się to. Strzała upadła niecały metr ode mnie. 
- Jestem beznadziejna.
- Nie, po prostu nikt cię jeszcze nie nauczył. Chodź, pomogę ci.
  Razem nałożyliśmy strzałę na cięciwę. Podniosłam łuk. Sam stanął za mną i kierował moimi dłońmi. Razem naciągnęliśmy cięciwę i strzeliliśmy. Strzała chybiła o kilka centymetrów.
- Widzisz? - uśmiechnął się Sam. - Już le...
  Przerwał mu słodziutki głosik dochodzący z góry.
- Cześć, Sam - zawołała dziewczyna, która prowadziła samochód, kiedy wieźli mnie do obozu. Teraz leciała na śnieżnobiałym pegazie i machała dłonią do mojego towarzysza, którego policzki stały się podejrzanie czerwone. Uśmiechnął się do niej. Po jakimś czasie się oddaliła. Sam westchnął.
- Podoba ci się, co? 
- Nie, ja po prostu... - zaczął, ale widząc moje  spojrzenie  przestał kłamać. - Tak, ale to córka Afrodyty. Nigdy nie zwróci na mnie uwagi. Próbuję ją poderwać od roku.
- Nigdy nie zwróci na ciebie uwagi? Oczywiście, i dlatego właśnie się do ciebie uśmiechała. Chyba powinniście pogadać.
- Może kiedy indziej. - Przez chwilę panowała niezręczna cisza. - Może masz ochotę spróbować jeszcze raz strzelić? - zapytał w końcu.
- No jasne - odparłam, biorąc do ręki łuk.

piątek, 8 lutego 2013

Rozdział 3: Ryby okazują się być moją rodziną

- Halo, jesteś tu? - Jasnowłosy chłopak znów się odezwał. Było coś w jego głosie, co kazało mi podejść do nich. Niepewnym krokiem wyszłam z ukrycia.
  Cała czwórka przyglądała mi się uważnie.
- Jesteś Shelly? - zapytała w końcu rudowłosa dziewczyna. 
  Kiwnęłam głową.
- Nazywam się Joanne, a to moi przyjaciele - wyjaśniła. - Chcemy cię przenieść w bezpieczne miejsce.
- Jeżeli masz jakieś rzeczy to weź je szybko i chodźmy - powiedział blondyn. - Czwórka herosów w jednym miejscu szybko przywoła potworów.
  Nałożyłam swój plecak i wzięłam walizkę. Wyszliśmy z jaskini i przeszliśmy około sto metrów w całkowitym milczeniu. W końcu dotarliśmy na polanę, na której stała żółta furgonetka. Podeszliśmy do niej.
- Tym razem ja prowadzę - oznajmiła blondynka. - Przynajmniej wyglądam na szesnaście lat.
  Weszła do samochodu, a za nią wszedł chłopak w kaszkietówce. Drugi chłopak otworzył tylne drzwi. 
- Niestety w naszym cudownym samochodzie są tylko dwa siedzenia, więc musimy zadowolić się kawałkiem podłogi z tyłu - wytłumaczyła dziewczyna. Wsiadła do środka, a ja i chłopak zrobiliśmy to samo.
  Przednie siedzenia oddzielone były od nas czymś w rodzaju ściany, więc nie widzieliśmy pozostałej dwójki. Usiedliśmy na podłodze i przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu postanowiłam ją przerwać.
- Kim wy tak w ogóle jesteście? - zapytałam.
  Moi towarzysze wymienili znaczące spojrzenia.
- Tym samym kim ty jesteś - odpowiedział w końcu chłopak. - Półbogami. 
  Powoli docierało do mnie co powiedział.
- Czym? - zdziwiłam się.
- Półbogami - odparła dziewczyna. - Pół człowiekiem, pół bogiem. Jednym z twoich rodziców jest olimpijczyk.
- Co?
- Kojarzysz mitologię grecką?
  To pytanie trochę mnie zaskoczyło. Oczywiście, kojarzyłam greckie mity, nawet całkiem nieźle. W gruncie rzeczy mitologia fascynowała mnie odkąd zaczęli o niej mówić na lekcjach. Ale przecież to były tylko bajki.
- Tak, ale...
- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale to  wszystko jest prawdą. Mity to nie bajeczki. Bogowie olimpijscy naprawdę istnieją, tylko przenieśli się z Grecji do Ameryki.
- Niestety istnieją też potwory, o czym już zdążyłaś się przekonać.
  Przypomniałam sobie przedszkolankę Philipa i przerażające stworzenia, które zniszczyły pociąg. Takie istoty nie istniałby w świecie, który uważałam za prawdziwy. To o czym mówiła Joanne i ten chłopak mogło być prawdą. Ciężko jednak jest to zrozumieć.
- Czyli jeden z moich rodziców jest bogiem? Prawdziwym bogiem? Na przykład Zeusem lub Aresem?
  Joanne kiwnęła głową.
- I dlatego musimy cię zabrać do Obozu Herosów. Musisz się tam nauczyć jak walczyć z potworami, bo inaczej kiepsko z tobą. Dwa razy udało ci się uciec, ale nie sądzę, żebyś bez szkolenia wyszła cała z jeszcze jednej takiej przygody, która na pewno się ci przydarzy. Dla większości herosów walka z potworami to codzienność.
  Słuchałam tych słów z niedowierzaniem. Zawsze myślałam, że gdyby można było przeżywać książkowe przygody, życie byłoby wspaniałe. Z wypowiedzi rudowłosej wynikało jednak, że bycie półbogiem jest okropnie niebezpieczne.
  Naglę poczułam, że jestem strasznie zmęczona. Ziewnęłam i położyłam się na podłodze.
- Obudźcie mnie, jak będziemy na miejscu - poprosiłam.
  Zamknęłam oczy i natychmiast zasnęłam.

- Shelly, wstawaj - usłyszałam męski głos.
  Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą  ciemnowłosego chłopaka. Uśmiechał się przyjaźnie.
- Jesteśmy na miejscu.
  Drzwi samochodu były otwarte, a Joanne już nie było. Wstałam i wyszłam z furgonetki.Chwilę później szłam już razem z tym chłopakiem w stronę wejścia do Obozu.
- Mówiłeś mi jak się nazywasz? - spytałam.
- Nie miałem okazji, bo za szybko poszłaś spać. Sam.
  W tej chwili podbiegła do nas Joanne.
- Właśnie rozmawiałam z Chejronem. Mówi, żebyś ją oprowadził po Obozie, a potem przyprowadził do niego.
  Uśmiechnęła się i odeszła.
- Może najpierw pokażę ci domki.
  Zaprowadził mnie w miejsce, w którym znajdowało się ponad dwadzieścia domków.  Obok nich płonęło ognisko, przy którym siedziała jakaś dziewczynka.
- Każdy domek należy do dzieci innego boga. Ja mieszkam w tamtym - wskazał jeden z budynków, przy którym siedziało kilku chłopców z łukami. - Apollo.
  Zatrzymałam się na chwilę i przyjrzałam chłopakom, którzy za pewne byli braćmi Sama.
- Twój ojciec jest bogiem poezji?
- Między innymi. Może chodźmy już dalej.
  Przez następne pół godziny spacerowaliśmy po obozie. Sam pokazał mi stajnie, zbrojownie, arenę, teatr i skałę wspinaczkową. Kiedy byliśmy w tym ostatnim miejscu, przyglądaliśmy się jak pewna dziewczyna wspina się na nią. Była w tym naprawdę niezła.
- To Allison Cox - powiedział. - Córka Hermesa. Jest najlepsza we wspinaczkach w całym obozie.
  Jeszcze przez chwilę ją oglądaliśmy. W końcu ruszyliśmy dalej, w stronę Wielkiego Domu.
- Od jak dawna jesteś w Obozie? - zapytałam.
- Od sześciu lat. Kiedy tu przybyłem, miałem dziewięć lat.
- I od razu wiedziałeś, że jesteś synem Apollina?
- Chwilę trwało, zanim mnie uznał. Nie martw się, ciebie też niedługo ktoś uzna. Nie zdziwiłabym się, jakbyś już dzisiaj wiedziała kto jest twoim ojcem.
  W końcu dotarliśmy do Wielkiego Domu. Staliśmy przed nim trochę czasu, aż wyszedł z niego mężczyzna. Poprawka pół mężczyzna, pół koń.
  Zatkało mnie, kiedy go zobaczyłam. Od pasa w górę wyglądał jak zwykły facet w średnim wieku, ale od pasa w dół... No, po prostu był koniem! Miał cztery nogi, kopyta i ogon. Koleś był centaurem.
- Shelly Nelson - uśmiechnął się do mnie. - Dobrze, że jesteś już w naszym obozie. Na początku chciałem ci powiedzieć, że...
  Nie zdążył dokończyć, bo przerwała mu woda, która gwałtownie podniosła się z rzeki, znajdującej się trochę dalej. Strumień przybliżył się do mnie i otoczył mnie. Zaczął wirowa, a później powoli opadł tak, że unosił się wokół moich stóp.
- Chyba właśnie zostałaś uznana - szepnął Sam.
  Spojrzałam na wodę otaczającą moje nogi. Woda. Czyli moim ojcem był...
- Witaj, Shelly Nelson - powiedział Chejron. - Córko Posejdona, pana mórz.

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 2: Jaskinia zastępuje mi dom

  Naprawdę chciałabym, żeby to wszystko okazało się tylko jednym z nocnych koszmarów, które tak często nawiedzały mnie w nocy. Nawet uszczypnęłam się parę razy, by móc to udowodnić, ale oczywiście prawda była dużo gorsza. Stałam w pociągu, którego dach został wyrwany, a dookoła mnie biegali przerażeni ludzie. To nie było najstraszniejsze. Nad pojazdem latały potwory sto razy gorsze niż przedszkolanka Philipa. Były ogromne, miały wielkie czarne skrzydła, a ich głowy co kilka sekund zmieniały się w trupie czaszki. 
  Szybko biegłam między pasażerami w stronę wyjścia. Kiedy w końcu dotarłam do celu usłyszałam mrożący krew w żyłach głos.
- Shelly Nelson, nie chowaj się! I tak cię złapiemy!
  Zamarłam. Czułam, że przez całe moje ciało przebiega dreszcz przerażenia. Mocno popchnęłam drzwi i wyskoczyłam na zewnątrz.
  Na dworze było okropnie zimno, jednak nie odczuwałam tego w takim stopniu, kiedy biegłam najszybciej jak potrafiłam. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Nie miałam pojęcia, gdzie mam się ukryć. Nie miałam pojęcia, jakim cudem mogę wyjść z tego cała.
  Po jakimś czasie złapała mnie kolka. Chwilę jeszcze biegłam, ale kiedy ból stał się nie do zniesienia, zatrzymałam się. Usiadłam na ziemi. Miałam ochotę się rozpłakać. Byłam sama w jakimś lesie, mając przy sobie tylko walizkę z ubraniami i plecak z jedzeniem. Bez komórki, bez pieniędzy, bez nadziei. Rozejrzałam się wokół i dostrzegłam jakąś jaskinie trochę dalej. Wstałam i poszłam w jej kierunku.
  Było to wprost idealne miejsce na kryjówkę. Małe wejście było prawie całkowicie zasłonięte bluszczem, więc raczej nikt nie powinien mnie tutaj znaleźć. Weszłam do środka. Jaskinia była dość spora. Położyłam swoje rzeczy na podłodze i wyjęłam z walizki jakiś sweter. Nałożyłam go na siebie i ułożyłam się jak najwygodniej na ziemi. Zasnęłam.

  Minęło już ponad dwadzieścia cztery godziny, a ja nadal byłam w jaskini. Jadłam właśnie jakieś krakersy, które moja mama spakowała mi do plecaka. Przyrzekłam sobie w duchu, że jeżeli przeżyję, podziękuję jej za to, że dała mi jedzenie, bo inaczej umarłabym z głodu. 
  Kilka godzin później postanowiłam się przejść. Mogłabym kogoś spotkać i poprosić, żeby dał mi się skontaktować z rodziną. Szłam dość długo, jednak nikogo nie spotkałam. W okolicy nie było też żadnych domów, wszędzie same lasy. Zrezygnowana wróciłam go jaskini i przesiedziałam tam kolejne kilka godzin.

  Najgorzej się czułam, kiedy robiło się ciemno. Kładłam się wtedy na ziemi w jaskini, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie coś miłego. To niewiele dawało. Ciągle słyszałam złowrogi szum wiatru i bałam się, że w każdej chwili jeden z tych okropnych potworów może się tu zjawić. Dzisiejsza noc była wyjątkowo chłodna i na dodatek padał deszcz, przez co nie mogłam zasnąć. Nałożyłam na siebie dodatkowy sweter i próbowałam się przespać, ale nie potrafiłam. Cały czas coś nie dawało mi spokoju. 
  Idź spać, rozkazałam sama sobie. Jutro się obudzisz i może znajdziesz kogoś, kto ci pomoże. Teraz jednak po prostu musisz zasnąć!
  Zaczęłam liczyć owce, co było dość głupie, ale nie wiedziałam co innego mogłabym zrobić. Doszłam do stu dwudziestu ośmiu, kiedy usłyszałam z daleka czyjś głos.
- Musi tu być, czuję ją! - Słowa te wypowiedział jakiś chłopak. otworzyłam na chwilę oczy, ale niczego nie zobaczyłam. Było za ciemno.
- To samo mówiłeś sześć godzin temu - odparł inny głos, tym razem dziewczęcy. - George, nie będziemy się zatrzymywać za każdym razem kiedy coś poczujesz!
- Nie marudź, Jo, kiedyś ją znajdziemy - mruknął ktoś trzeci.
  Przysłuchiwałam się tej rozmowie w pełnym skupieniu. Szukają jakiejś dziewczyny. Czy to możliwe, żeby chodziło o mnie? Usiadłam i dalej słuchałam głosów.
- Czy tam nie jest jaskinia? - zapytała dziewczyna.
- Lepiej to sprawdźmy.
  Gwałtownie wstałam z miejsca i zaczęłam pakować moje rzeczy. Wzięłam walizkę i plecak do ręki i ukryłam się w rogu jaskini. Skąd miałam wiedzieć, czy ci ludzie, o ile nimi byli, nie chcą zrobić mi krzywdy? Ich głosy może brzmiały łagodnie i niegroźnie, ale podobnie było w przypadku przedszkolanki. 
  Usłyszałam, że wchodzą do środka. 
- Hej - zawołał jeden z chłopców. - Jest tu kto? 
  Niepewnie spojrzałam w ich stronę. Było ich czworo: dwóch chłopców, dwie dziewczyny. Trzymali latarki, więc w ich świetle mogłam się im przyjrzeć. Jeden z chłopców był blondynem o jasnej cerze, był niezbyt wysoki i nosił na głowie kaszkietówkę. Drugi był wysoki, miał kręcone, ciemne włosy i opalone ciało. Dziewczyna, która stała obok blondyna miałam rudawe włosy splecione w warkocza. Obok niej stała chyba najpiękniejsza osoba jaką w życiu widziałam. Jasne włosy opadały na jej ramiona i układały się w śliczne loki. Była wysoka i bardzo zgrabna. 
  Przyjrzałam się jeszcze raz całej czwórce.
  Wszyscy mieli na sobie pomarańczowe koszulki z napisem: OBÓZ HEROSÓW.